|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
Zakładki:
Fotogalerie
Katulowe pasje
Katulowisko
Warto - czyli trzy po trzy Innych:)
|
środa, 19 marca 2008
Jak ten czas szybko leci:) czyli próba reaktywacji:)
A tak mnie naszło:)
Najpierw wczoraj przypadkiem trafiłam na bloga "Nowej w mieście" a potem rankiem jak patrzyłam na zmagania z przymrozkiem moich barwinków i fiołków w ogrodzie.
No bo zima jaka była tego roku chyba wszyscy wiemy....
To tez Mateczka Natura dość szybko zarządziła wiosenne przebudzenie.
Niestety nie porozumiała się wcześniej z Dziadkiem Mrozem, a że ten na odchodne postanowił sobie jeszcze troszkę podmuchać to teraz te maleństwa się zmagają.
Nieśmiało rozkwitają, ale są takie malutkie jakby właśnie zbyt wcześnie przebudzone, a skulone tak jakby im było zimno:)
No i nie ma się co dziwić, wszak mi też było zimno i ciągle jeszcze używam zimowych ciuchów, z obowiązkową czapą zimową:)
Ale nie mogę się już doczekać prawdziwej wiosny, kiedy dokładnie wszystko przebudzi się bez przyzwolenia:)
Choć i teraz powodów do narzekań nie mam:)
Wszak dane mi było obejrzeć zjawisko niezwykłe w postaci całych łanów kwitnącej nieopodal Katulowiska śnieżycy:), a łany przetykane były wyłażącymi z ziemi nieśmiało lepiężniakmi różowymi, niektóre zapobiegliwie były w czapeczkach:) z liści....
I choć wróciłam ze spacery zwyczajowo podrapana, z butami umazanymi błotem, dość szybko pogalopowałam tam z powrotem:)
A że moje śnieżycowisko jest w okolicy od Katulowiska dalszej, a ja ciagle walczę o prawo jazdy:) szantażowałam i prosiłam o podwiezienie każdego kto się nawinął:)
Nawineła się Siostrzyca i było jeszcze ciekawiej, bo nie dość, że z zagajnika usmiechały się do mnie śnieżyce to jeszcze pierwsze zawilce, fiołki, to jeszcze coraz bardziej nabrzmiałe pączki drzew i krzewów, to jeszcze większe błoto:)
Chyba dlatego tak mnie się rankiem żal zrobiło tych moich ogrodowych, zmagających się Dziadkiem Mrozem i chyba dlatego postanowiłam o tych ich zmaganiach Kogoś zawiadomić....
Oby do wiosny:)
Swoją drogą, jak tu zajrzałam to ze zdumieniem stwierdziłam, że minęły ponad trzy lata, a za pasem mamy kolejne święta, tyle, że tym razem Wielkiej Nocy.....
Wszystkim więc, którzy zabłąkani tu zaglądną życzę dobrych, pogodnych Świąt i aby wszystkie kolejne dni po nich też były dobre, pogodne, ciepłe.....
poniedziałek, 27 grudnia 2004
Święta symboli czy symbolika Świąt?
Dziwne to były Święta... Dlaczego? No właśnie ze względu na masę symboli odczytanych przeze mnie czy przez to, że z jakiegoś powodu masę przeróżnych rzeczy odczytałam jako symbole , szczególne symbole.... Święta symboli czy symbolika Świąt?
Teoretycznie i praktycznie to były Święta bardzo rozpłakane.... Owszem pierwszego dnia świeciło słońce i niebo czasem było pełne błękitu przeplatanego kremowymi chmurkami, ale.... No właśnie, ale....
Mnóstwo życzeń od "plastykowych" Przyjaciół i Znajomych... Ktoś mnie kiedyś w dobrej wierze ostrzegał przed "Plastykowymi" ludźmi... Plastyku na codzień nie znoszę, ale "plastykowych" Przyjaciół i Znajomych, a i owszem, bardzo, lubię, cenię i szanuję... No więc dostałam mnóstwo życzeń od "plastykowych" Przyjaciół i Znajomych , ba dostaliśmy, nie dostałam... Zacznę od jednej Drzazgi, która wlazła mi w bardzo czułe miejsce i to niesamowicie głęboko, a ja choć masochistką nie jestem wyjmować Jej nie planuję:) Drzazdze tej jestem wdzięczna szczególnie, raz jeszcze bardzo Jej dziekuję (tak, tak za to, że wlazła:) i tu mogę na dodatek wprost napisać.... Albo jednak nie napiszę... Tylko tyle Drzazgo niezmierniem Ci wdzięczna!!!!
No ale wracając do życzeń "Plastykowych" Niektóre podwójne, naprawdę, to niesamowite:) Podwójne od M.Jotów i od Dzikich, nie, nie od Dzikich obrażam spokojnego Dzikiego, od Dzikiego i od Jego teoretycznie Drobnej Baby:) Od Oldcit i Jej rodziny, choć głowę mogła mieć zaprzątniętą zupełnie sprawą o wiele ważniejszą.... ostatnim pożegnaniem.... I od Andrzeja Qubraqa .... wielka zagadka.... wielka zagadka i niemniejsza przyjemność, niespodzianka.... Oj... i od Haneczki z Pantofelkiem, też podwójne:) Oj... i od Asi, Arka i Mikołaja..... O... i od MartyBe....
Jakby chcieli mieć pewność, że Ich pełne serdeczności i dobra życzenia na pewno do nas dojdą i nas otoczą tym czymś, jak warstwa ochronna... Może mi tylko Ktoś wyjaśni, czemu teoretycznie Drobna życzyła mi żebym była Człowiekiem?:)
No i te pojedyncze, ale jakie!!!!!
Od Drzazgi... nie dość, że tyle serca, fachowej pomocy i wsparcia okazał to jeszcze życzenia pierwszy złożył...
Od największego motylarza jakiego znam - Krzyśka Jonko, Od Marka 1960 Od Ludzika i Druida Od Ggaty Od Iglasi Od Fotomixa I od Siwisa.... też mają swoją wymowę szczególną, bo pochodzą od ... a nieważne, ważne, że my wiemy....
I też swoim ciepłem i dobrem nas otuliły....
Jeślim Kogoś pominęła to od sklerozy:) jak to mawiam wiek ma swoje prawa... Faktem jest, że niestety, nie na wszystkie nawet z natłoku spraw i obowiązków odpowiedzieć zdążyłam i podziękować.....
No więc symbol numer jeden to lawina życzeń.... Nie to symbol drugi.... Pierwszy już wymieniłam, ale nie przywołam, może nie mam racji? może....
Trzeci symbol - moja Mama na Wigilię po raz pierwszy przykryła stól obrusem haftowanym przez swoją Mamę w latach 30 ubiegłego wieku... Czwarty - to rozklekotany stół dostawiony na chybcika do stołu zasadniczego, żeby dla wszystkich miejsca starczyło Symbol kolejny to to, że choć wszystkie potrawy przygotowane były jak zawsze samkowały słabo... Szósty symbol to radość dzieci z prezentów od św. Mikołaja, który chodził ze mną:) Tak, to mi się w dużym stopniu udało i prawie wszyscy bardzo się cieszyli z tego, co mój Mikołaj Im pod choinką zostawił Siódmy - moja choinka, inna niż dotąd, bez cienia blasku, cała w słomie... ale jaka zachwycająca! Ósmy.... obiecaliśmy sobie z Jackiem, że powiemy naszym Mikołajom, że w tym roku nie dajemy sobie prezentów:))) No i tak zrobiliśmy, tylko nasi Mikołajowie nie dotrzymali słowa.... Niesamowite było odkrycie tych niespodziewanych prezentów pod drzewkiem... Tak, w prezentach najważniejsza jest niespodzianka i choć prawda to oczywista, nie zawsze przez nas przestrzegana i dlatego sprawia, że człek się cieszy do kwadratu.... No a w dodatku dostałam 3 książki o zabytkach, zabytkach na Kresach mniam, zabytkach drewnianych mniam i tych największych:) Jacek? Tez był zaskoczony i chyba się cieszył....
Dziewiąty? W Wigilię naprawdę ktoś zaczyna gadać ludzkim głosem:) Albo zwierzęta albo my ludzie...W każdym razie dzięki temu zaprzyjaźniliśmy się z Azą, sunią sąsiadów.....
Dziesiąty -dwa bieguny nadzieji.... na jednym Tato Jacka, który to co najgorsze zdaje sie mieć za sobą, na drugim mój Tato.... z nadziei odarty...... a ja nie bardzo wiem jak pomóc...
Jedenasty - na potwierdzenie dzisiątego w ogrodzie Teściowej ciągle kwitną kwiaty, dom, jak wróciliśmy powitał nas łzami - lało jak z cebra.....
A na koniec? na koniec Święta po raz kolejny przeszly do historii... zniknęły jak mydlana bańka... Były chwilą... Chwilą pełną symboli....
czy wszystko to sobie powymyślałam? Czas, czas na pewno pokaże.....
piątek, 19 listopada 2004
Jejku, ale jest pięknie:)
Synoptykom się udało przewidzieć pogodę na dzisiaj:) i pada śnieg, pierwszy śnieg tego roku:) I jest tak niesamowicie pięknie na dworze... Mniam, to lubię, lubię jak jest pięknie A zaczęło się wczesnym rankiem bo jak wstałam o to już widziałam, że świat ubiera się w białą pierzynkę... Ale pomyślałam wtedy, że zwyczajowo, jak to u nas, na tej szerokości geograficznej jest troszkę popada i albo zamieni się w deszcz, albo przestanie, to co napadało zaraz stopnieje i znowu będzie smutno, szaro, listopadowo... Chwilę po mnie wstał Jacek, wyglądnął przez okno i zawołał o pada śnieg... No a jak nastała pora właściwego wstawania i zobaczyłam to arcydzieło Mateczki Natury to z zachwytu aż zapiałam:) Przystroiła w śnieżne płatki dokładnie wszystko co się dało...Pooblepiała wszystkie rośliny, założyła czapeczki choinkom i wszystkim sztachetom z płota... Kurcze, ale jest pięknie.... Nie mogłam się powstrzymać, szybko zrobiłam co miałam do zrobienia, odziałam się zimowo i wylazłam się nagapić, dać jeść swoim ptasim przyjacielom i.... i zrobić trochę zdjęć chowając aparat przed padającym śniegiem... No ale nie mogłam sobie odmówić:) Najbardziej zdziwiony był Tedek, wszak to jego pierwsza kocia zima w życiu:) Jak wystartował z drzwi i zauważył to białe, mokre, zimne coś to stanął jak wryty...Zaraz wrócił do domu...Potem dzielnie podjął jeszcze jedną próbę, ale też zaraz wrócił, ale jakeśmy z Byśkiem wyszli podziwiać świat to zabrał się z nami i już mu się podobało:) No a jak ptaki zleciały się do karmnika to już mu się bardzo podobało, bo ptaków potrzebujących wsparcia dzisiaj, jak świat otulił się puchową pierzynką było mnóstwo:) Oj będzie się działo przy karmniku...Oj będzie się działo:))) Ustawia się pod karmnikiem i poluje:) Na szczęście nieskutecznie, chyba.... Bo musiałby się wdrapać po paliku, na którym Jacek zamontował karmnik, a nie doszedł jeszcze do tego jak to zrobić... No a ptaki wbrew obiegowym opiniom o ptasim móżdżku nie takie znowu głupiutkie są, żeby mu się wystawiać:) Z resztą tuż przed naszym wyjazdem zgarnęłam go do domu:) Oj będzie się kłócić ptasie towarzystwo dzisiaj o dostęp, oj będzie walczyć o każde ziarenko choć im nie żałowałam.... Szkoda, że dzisiaj nie mogę ich podglądać, bo do domu wrócę jak będzie już ciemno, a one wtedy już śpią.... Od lat mnie intryguje gdzie, ale pewnie wśród gałązek co gęstszych drzew i krzewów... Ciekawe czy w zimie tulą się do siebie, żeby im było cieplej? W sumie to cieszę się, że rozpoczęłam dokarmianie wcześniej, tak z tydzień temu, bo przynajmniej wiedzą gdzie szukać, a właściwie to nie gdzie szukać, a gdzie jest... Na razie odwiedzają mnie wróble, mazurki, bogatki i modraszki, choć śmiem twierdzić, że dzisiaj ptasi asortyment przy karmniku się rozszerzy... Może przylecą dzwońce i trznadle, może jakaś zięba... Tak zima, to jest taki czas, który bardzo lubię ze względu na te ptasie przedstawienia, które mogę podglądać.... A po rekonstrukcji ogrodu Jacek zamontował karmnik tak, że mogę podglądać z domu, z okna:)))) A ptasiorki zimą wyglądają jak kuleczki, bo jak jest taka pogoda jak dzisiaj to stroszą piórka, robią sobie chyba taki płaszcz powietrzny, co by im cieplej było:) I jedyny mankament zimy to ten, że jak zwykle, choć śnieg na dzisiaj był zapowiadany od dwóch tygodni, drogowcy zostali zaskoczeni i do miasta jechaliśmy a właściwie ślizgaliśmy się z prędkością 20 km na godzinę i nawet mój Mąż, który lubi jak się można poślizgać był nie bardzo zachwycony... A radio donosi, że zima aż tak zaskoczyła drogowców, że w okolicach Głogowa zablokowana jest droga, bo tiry nie mogą podjechać pod górkę i policja wstrzymuje kolejne, które chcą jechać tą drogą... No jak ktoś jest w takiej sytuacji to ma prawo ze złości zgrzytać zębami... No i jeszcze sobie przez okno wyglądnęłam i stwierdziłam, że pada, ba sypie dalej... No i niech pada.... Wprawdzie jest stosunkowo ciepło, no ale może choć chwilę śnieg będzie ozdabiał świat a dzieci będą mogły lepić bałwany, robić orły i rzucać się śnieżkami:)))) Byle nie we mnie, bo na zimę to ja patrzeć jednak tylko lubię:)))
czwartek, 11 listopada 2004
Po co Komu latarka w słoneczny jesienny dzień:)
czyli odpowiedź dla Dany, Tereni i M.Jota:)
Ooooo!!!! Ale jestem przeterminowana!!!! Pojęcia zielonego nie miałam, to znaczy nie uświadamiałam sobie, że aż tyle czasu minęło od mojego ostatniego paplania trzy po trzy:) No ale jak pamiętacie bus tamtej niedzieli zabrał mnie w podróż z prędkością kosmiczną i pewnie nie zdążyłam wysiąść:))) A po drugie - dosyć intensywnie od tamtego czasu żyję:))) To znaczy naskładało się sporo różnych obowiązków dodatkowych, rozjazdowych, pożerających czas... A o trzecie - dostałam ataku mocnej schizofernii "tfurczej":)))) No bo z tego wyjścia do lasu wtedy w ciepłych gaciach i cumpeczce mam zdjęcia i korciło i kusiło mnie, żeby napisać o tym na stronę i zilustrować zdjęciami:) A ponieważ się zdecydować nie mogłam to stąd taki efekt wyniknął jak wyniknął.... W międzyczasie mój cenzor domowy bardzo przetrzebił tamte zdjęcia, no ale małe co nie co zostało i byłoby się czym pochwalić:) Znaczy nie o zdjęcia chodzi,bo te pstrykam od zawsze na tym samym poziomie tylko o to co udało mi się zatrzymać na dłużej:)
No a wycieczka była grzechu warta w rzeczy samej:) Bo o to dane mi było pooglądać ostatnie kwiaty tej jesieni Bo o to w lesie znalazłam różne grzybki i grzybalki Bo o to wreszcie idąc przez swój lasek nad strumykiem wylazłam z niego wprost na jedno z piękniejszych przedstawień, wylazłam jakby z czarnej dziury w światłość, bo o to ściana lasu, którą miałam vis a vis calusieńka była skąpana w złocie, a to, że delikatny wiaterek poruszał złotymi listkami sprawiało, że wyglądały jakby do mnie machały, migotały:) A wagę tego świetlistego przedstawienia podnosił fakt, iż trwało ono moment, bo słońce, aby oświetlać świat musiało sobie wynajdować dziury w niebie... Tak więc potraktowałam ten zbieg okoliczności, że wylazłam z leśnej ściezki dokładnie w tym momencie jako dar losu:) Jako szczególne powitanie od mojego skrzaciego lasku:)
Nie trzeba chyba dodawać, że do domu wracałam jak na skrzydłach:)
No alepo co mnie była ta latarka? Ano po to, aby sobie zdjęcia robione w lesie doświetlać:))))tak sobie wmówiłam, że uzyskane w ten sposób efekty będą zdecydowanie ładniejsze, ale przede wszystkim używając takiego flesza lesnych skrzatów i innych żyjątek niepokoić zbytnio nie będę... No a ładniejsze miały być dlatego, że ja strasznie tępa w dziedzinie techniki jestem i po ponad roku robienia zdjęć mało skutecznie opanowałam swój własny aparat:)))))) Dziś za oknem jest stalowo, ale jak tylko nakarmię Jacka, wezmę psa, latarkę, ciepłe gacie i cumpeczke i pójdę na poszukiwanie przygód do lasku nad strumykiem:)
No dobra M.Jocie musze przyznać, że moja latarka w porównaniu z Twoim czajnikiem z wrzątkiem to pikuś:) Na co Ci to ustrojstwo było w lesie potrzebne? Zachodzę w głowę i jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że Twoja Zdecydowanie Lepsza Połowa polazła skoro świt do lasu na grzyby,nie bacząc na niskie bardzo temperatury i do czegoś przymarzła:)
No dosyć:) Przyznam się tylko, że robię w myślach wyliczankę - napisać coś jeszcze tu czy pędzić na stronę opisywać motyle, napisać o niezwykłym ptasim spotkaniu, przygotować kolejne zdjęcia do wstawienia... Hmmm Pojęcia nie mam:))))
Enedułerabe połknął bocian żabę Raz, dwa, trzy Motyle opisz TY:)
wtorek, 19 października 2004
A jednak.... czyli suplement do szaro, buro i ponuro:)
A jednak się pomylili, bo niedziela wcale nie była szara, bura i ponura ino pięknista, słoneczna, roześmiana, choć zimna... Pomylili się synoptycy, bo obiecywali cały weekend taki coby mi szkoda, nie było, że musze siedzieć w szkole... Jak tylko wstałam i chłopaków na dwór wypuszczałam to zobaczyłam i oczywiście od razu zęby ze złości zaczęły zgrzytać.... Coby sobie humor poprawić to oczywiście, powiedzmy już tradycyjnie wylazłam na dwór i uwieczniłam sobie ten czerwony wschód słońca na tle dębowej ściany lasu na północny-zachód od katulowiska i to złote szeleszczenie liści morwowych:) a właściwie to nie szeleszczenie a podrygiwanie w takt wiejącego wiaterku:) Podrygiwały tak jak prawdziwi artyści sceny:) No bo skoro reżyser przedstawienia skierował na nie główny reflektor to musiał być dla nich ewidentny znak, że to ich czas:) No a potem, jak siedziałam w szkółce, dobrze, że tyłem do okien, to i tak co jakiś czas się oglądałam, a z żalu mnie skręcało... No ale nagroda za cierpliwość i za to , że nie poszłam na wagary na mnie czekała:) I to jaka nagroda:) No wiem, wiem, jak zaraz napiszę co było to nagrodą to co poniektórzy postukają się w głowę i pomyślą a ta znowu o tym samym:) No ale dla mnie to nie było to samo, dla mnie to było przedstawienie nad przedstawienia:) No jak myślicie? Jakiś ptaszek? Kwiatuszek? Robalek brzydalek? Nie, ależ skąd:))) Jak już pisałam jak się jedzie z miasta P do miasta L to w zasadzie prawie cała droga biegnie wśród lasu... W głębi to las sosnowy, no ale jego obrzeża porastają liściaste - dęby, brzozy, klony i pewnie inne, ale to te trzy pierwsze występowały w przedstawieniu:) W przedstawieniu pt. "Słońce a magia jesiennych drzew" Pora była taka, że słońce oświetlało jedna ścianę lasu pod pewnym katem, ale wg najlepszym z możliwych, estradowym:)))) To znaczy takim, które w teatrze włącza się wtedy jak na scenę wychodzi arcymistrz:))) Chciałoby się powiedzieć, że to było tęczowe przedstawienie, no ale czy aby na pewno? Fakt, kolorów było jak w tęczy...Ale może bardziej pasowałoby, że to było jak w kalejdoskopie? No nie wiem:))) I choć ciągle mam to przed oczyma to najlepiej byłoby, gdyby to moje oczy i wspomnienia teraz na chwilę potrafiły to wyrazić, ale spróbuję sama a Wy określcie trafność... Hmmm - klony - no klony świeciły w tych słonecznych reflektorach jakby były złote, również brzozy, tyle, że te nie złociły się jeszcze całe tylko wyglądały tak jakby je ktoś złotym pyłem posypał, a dęby? Dęby, z racji intensywności i różnorodności kolorów, od żółci, przez pomarańcze, czerwienie, aż po intensywne brązy grały bez wątpienia główną rolę... Przedstawienie uzupełniała scenografia w postaci błękitu nieba i kremowych chmur i efekty specjalne, dokładnie te same co rano w ogrodzie, a mianowicie wiatr, który sprawiał, że gałązki podrygiwały niczym w takt cichej słyszalnej tylko dla siebie melodii.... Do tego dorzućmy jeszcze biel kory brzóz, połyskującej w słońcu jakby były srebrne i już:)))) Marzyłam :))), żeby bus posuwał się z prędkością kosmiczną, żeby dobra wróżka zatrzymała czas w domu, który trzeba było poświęcić na skończenie obiadu i żebym czym prędzej mogła wziąć psa, aparat, latarkę, założyć ciepłe gacie, skarpety i cumpeczkę i żebym mogła ruszyć i tego przedstawienia dotknąć rękoma:))) I udało mi się to, ale o tym w następnej notatce:) A po co mi była latarka? No bo po co mi były ciepłe gacie, skarpety, cumpeczka, pies i aparat to wiadomo:))) Na razie to tajemnica:)))) Przy okazji dokonałam innego odkrycia:))) A mianowicie zawartości kieszeni swojej spacerowej kurtki:))))
sobota, 16 października 2004
Szaro buro i ponuro... Ale!!!
Jak rzadko kiedy synoptycy się nie pomylili i oto pogoda dzisiaj okazała się paskudna... Za oknem jest szaro, buro i ponuro i wprawdzie nie wieje, ale jest przenikliwie chłodno, mokro i z nieba leje deszcz... I choć na deszcz zawsze się cieszę, jakbym w poprzednim wcieleniu była jakimś wodnikiem, to zazwyczaj w taaaaaki dzieńjak niemuszęto nie wychodzęz domu, no przynajmniej chyba wszyscy noramalni z niego nie wychodzą, bo niby co ciekawego może spotkać człowieka? Ano może, może:))) Bo wylazłam, raz musiałam, bo na stare lata zachciało mi się nauk dodatkowych pobierać i dzisiaj była inauguracja:) A dwa, jak tylko wyściubiłam rankiem nos za drzwi jak swoje chłopaki (Byśka i Tedzika) za potrzebą wypuszczałam dostrzegłam, że o to znowu mamy taki poranek kiedy świat z mgły sie będzie na nowo naradzał:) A że spoza mgły można było jakimś cudem (tak, tak dokładnie cudem) słońce dostrzec to długo się nie zastanawiałam:) Pragmatycznie wielce wyliczyłam sobie ile czasu wolnego mam, ubrałam buty, kurtkę i wylazłam:) Wylazłam sprawdzić co się już narodziło, co lada moment się narodzi... Wwylazłam przywitać się ze srokami Kaśkami, sikorkami bogatkami, i wróblami ...Wszystkie one są moje oczywiście:) Tak sobie wmawiam bo dobrze się z tym czuję, ze świadomością, że mam swoje dzikie ptaki, które są mi wierne jak pies i nawet jeśli co roku wśród stadka korzystającego ze stołowania conajmniej połowa to nowe pokolenia (maluchy, znaczy się wróblowate podobno żyją około 2 lat) to i tak wiem, że one moje:) No bo przecież skądś tę wiedzę na temat mojej stołówki i serca dla nich szeroko otwartego mają:) Wylazłam sprawdzić jak się ma babie lato:) Daleko iść nie mogłam, bo czas miałam bardzo skrupulatnie wyliczony, alebyło go wystarczająco dużo na toaby stwierdzić, że pająki pozwijały już swoje firanki, ale w zamian pozostawiły jakby inie telefoniczne do przesyłania dobrych wiadomości:) Cały żywopłot z ligustra i morwy były tymi przewodami połączone:) Powtórzę się, a niech tam, ale wierzcie mi, że jesienne pajęczyny babiego lata oglądane rankiem, kiedy albo oplata je mgła, albo są skapane w rosie to jeden z najpiękniejszych widoków.... Wylazłam, aby sprawdzić jak wyglądają nasze morwy, to znaczy czy są jeszcze w stanie dźwigać na swoich ramionach te niesamowite ilości złota?:))) Są:) Całe są skąpane w tym złocie i wyglądają cudownie:) Tylko winobluszcz na ogrodzeniu nie dał rady i uległ, i zrzucił już wszystkie liście.... Szkoda:( A potem wsiedliśmy w auto i jechalismy jakby naprzeciw rodzącemu się światu, aż tuż po wyjechaniu z Polkowic wyjechaliśmy naprzeciw słońcu, które jednak mimo wszystko postanowiło się z nami przywitac i pokłonić:) Słońce otoczone mgłami to kolejny jesienny obraz, który polecam:) A że zaraz potem wjechalismy w jesienny las, las, który witał nas po obu stronach dębami i brzozami, pierwsze czerwone i pomarańczowe, drugie żółte... No ale potem już nic nie zwiastowało jakichkolwiek zachwytów... Zaczęłó lać, zrobiło sie stalowo i tylko pokrakiwania gawronów i kawek było słychać zza okna... No właśnie, właśnie sobie uświadomiłam, że w okolicach Lubina, przy stadionie są już gawrony? Jesli to są te, które przylatują do nas ze wschodu to chyba strasznie szybko.... Czyżby to był zwiastun szybkiego nastania zimy? No i jak słyszałam miarowe stukanie intensywnego deszczu w parapety i te pokrakiwania to jedyne co planowałam, aby jak najszybciej wsiąść w samochód, szybko zrobić zakupy i schowac się w naszej twierdzy:) Żadnych niespodzianeka tym bardziej zachwytów, zwłaszczza, że byłam przecież w centrum zgiełku dosyć dużego miasta nie przewidywałam... Ale byłam w błędzie:) Bo o to, jak czekałam na Jacka, nagle na płocie dostrzegłam kosa:) Chwilę się zastanawiałam, czy to nie kawka, ale nie... Na kawke miał zbyt mała głowę.... Po zachowaniu sądzę, że to był pan kos:) Zaczęłam go podchodzić, aby się przywitać i pooglądać go z bliska, bo wydawało mi sie, że jego głowa i kark i kaftanik są jasniejsze... A on wtedy opuścił skrzydełka i zaczał podrygiwac ogonem:))) Zupełnie tak jakby rozpoczął taniec godowy:)))) Niestety zrobiłam jeden krok za dużo i odelciał parę metrów dalej, a ja postanowiłam dać mu spokój i nie niepokoić go niepotrzebnie.... Spotkanie było króciusieńkie, ale dostatecznie mocno naładowało moje akumulatory dobrego nastroju:) A swoją drogą wiecie skąd się biorą jesienne tańce godowe ptaków? Ja wiem, doczytałam :) No ale dosyć tego, nasz castel czeka na posprzątanie:) A to trochę tak jakby stajnię Augiasza trzeba było sprzątnąć:)
piątek, 15 października 2004
Smarkata pora:)
Na ten genialny wg mnie pomysł:))) wpadłam wczoraj i nawet się nim z Wami podzieliłam, ale jak miała opublikować to mnie wywaliło i bezpowrotnie moją sztukę zabrało do wirtualnego nieba:))))) No więc wpadłam na ten pomysł, że właśnie nastała smarkata pora chopów, bo: Dana z lasu donosi mi co rano od trzech miesięcy, że ledwie swego Chopa do pracy wyekspediuje, bierze koszyk i idzie w las na grzyby:) Zawsze się melduje jak wróci... Ostatnio jednak coraz częściej jej powrotne donosy szczękały:))) szczękały zębami z zimna i tylko czekałam aż doniesie, że dopadło Ją conajmniej przeziębienie:) I doniosła, ha:))) Nie pomyliłam się ani trochę, Dana przed wczoraj doniosła, że..., że Jej Chop ma katara giganta i z tego powodu siedzi w domu:))))) No fakt, od ręki wziął trzy dni urlopu:))))) Znaczy się Chop zwany M.Jotem :))) jest chory... No ale jak mawiają jedna jaskółka wiosny nie czyni i tak w rzeczy samej jest:))) Bo o to przedwczoraj moje szczęście uprzejmie doniosło jak jeszcze w pracy siedziałam i rozmyślałam jakie sprawunki muszę zrobić, że Je coś bierze:)))) A na dokładkę, co wcale nie oznacza, że więcej przypadków nie ma, mąż mojej innej koleżanki jakiś czas temu doniósł, że się słabowito czuje, że na pewno lada moment Go coś złapie i żeby Ona natentychmiast zakupiła jakieś coś, czego zażywanie pozwoliłoby Mu wyjść temu czemuś na przeciw:))))) Tak, tak niechybnie nastała pora smarkata:))) Co wobec tego robią Baby? Dana bez zastanowieniawsiadła na rower i pojechała do miasteczka po leki:)))) (Pochwaliła się, że nie miała czapki i rękawiczek, albo czegoś z tych dwóch rzeczy i po dwóch dniach doniosła, że i Ją coś bierze:) Zaleciłam podróż rowerem bez czapki i rękawiczek na odległość trzy razy dłuższą niż ta sprawcza:))) Na szczęście się jakoś trzyma:)))) Co zrobiłam ja? Wpisałam na listę zakupów aptekę a w aptece zakupiłam ze dwa rodzaje pastylek do ssania, tabletki jakieś antygrypowo-przeziębieniowe i kompleks witamin i minerałów, a w sklepie spożywczym na dokładkę dołączyłam czerwone wino:)))) A co zrobiła moja koleżanka - ciągle analizuje ofertę farmaceutyczną w tym zakresie:)))) Chopy, nie gniewajcie się, ale coś w tym jest,nieprawdaż? :)))) Baba musi mieć bardzo wysoką gorączkę i naprawdę nie rusza wtedy ani ręką ani nogą i dopiero wtedy ogłasza, że Ją coś wzięło:)))) Dobrze choć, że ta pora nastaje raz w roku, na jesieni właśnie:))) Na koniec dodam tylko, że nie jestem żadną wojującą feministką:)))) Ot, tak z racji zbiegu okoliczności przyszło mi do głowy:))) Noma ponadto przyglądniejcie się reklamom w tv dotyczącym lekówna przeziebienia, grypy i inne takie tałatajstwa... I co?:))))) Zdrówka wszystkim życzę:)
środa, 13 października 2004
Aktualne doniesienia z....
zza okna tak naprawdę:) Bo przecież to pora, w której siedzę w pracy za oknem to niby skąd bym miała nadawać:) A tak mnie naszło, bo z racji tego zimnego wyżu za oknem świeci pięknie słoneczko i tak naprawdę strasznie chętnie bym się urwała, wzięła psa i aparat, a może i Tedka i ruszyła na długaśny spacer... A liście na drzewie co to to je mam tuż przy oknie ( o kurczaczek, nie wiem co to za drzewo:) chyba lipa) tak szeleszczą jakby chciały oliwy do ognia dolać, to znaczy jakby szeptały - robota nie zając, nie ucieknie:) Rzuć to w diabły i idź, wszak to ostatnie dni złotej polskiej jesieni.... Ale jestem dzielna, siedzę i pracuję:)))) Znaczy się chwilowo nie, bo dzielę się z Wami swoimi tęsknotami:) Dobrze, że w piątek Jacek zabiera mnie na wycieczkę do lasu, do buczyny przemkowskiej:) Z uciechy zacieram ręce, a na samą myśl o obrazach, które tam na mnie czekają pyszczydłosamo do uśmiechu się układa:) A cieszę się tym bardziej, że sobotę i niedzielę mam zajętą i znowu będą przez okno z zachwytów wzdychać, a na zachwyty realne zostanie wieczór i noc, czyli pora, w trakcie której swojej manii fotograficznej oddać się nie będę mogła:) No chyba, że Tedzik, nasz kot znowu będzie zażywał kąpieli w .... sedesie:)))) Mam tylko nadzieję, że w piątek nie będzie za późno, bo od dwóch dni noce i poranki są bardzo chłodne, dni z resztą nie wiele cieplejsze, no ale w nocy są przymrozki i w czasie porannej błyskawicznej inspekcji swojego ogrodu stwierdziłam, że przymrozki były na tyle silne, że zważyły dalie i aksamitki... No nie powiem smutno mi się z tego powodu zrobiło, bo to oznacza tylko tyle, że lada moment przekwitną marcinki, zakwitną chryzantemy i będzie zima.... A to może też oznaczać, że z drzew masowo właśnie pada złoty deszcz liści, bo panująca u nas susza, potem parę dni niesamowicie jak na październik ciepłych i teraz ten przymrozek mogły sprawić, że woli do trzymania się gałązek w liściowych ogonkach ne ma wcale, a może nie tyle woli, co sił.... Ba z resztą coraz więcej rożnych gałązek świeci golizną... Jednej nocy zupełnie się rozebrał nasz winobluszcz na ścianie łazienki, zostało dosłownie kilka karminowych listków zostawionych jakby specjalnie na pożegnanie.... No fakt, zima swoje plusy ma:) Dziadek Mróz to przecież mistrz nad mistrzów w kwestii malowania na szkle:) Zlecą się ptasi przyjaciele na wikt (bez opierunku) i będzie gwarno, wesoło i kolorowo i będzie można różne sztuczki akrobatyczne i tańce podglądać:) A może znowu ktoś nowy zaszczyci mój karmnik? ...no ale dni będą krótkie, łapki w czasie spacerów i polowania z czatownika na ptaki będą kostniały, no i tak mało słońca i jego ciepła będzie i akumulatory dobrego nastroju będą się ładować się z trudem:)))) A co trochę sobie pomarudziłam, skoro i tak na wagary iść nie mogę:)
wtorek, 12 października 2004
Startujemy:)
To znaczy ogłaszam uroczyście inaugurację swojego plecenia o sprawach bieżących, tych, które mnie najbardziej na codzień pochłaniają i pasjonują...
Mam nadzieję, że tym sposobem będę miała więcej kontaktu z netowymi Przyjaciółmi i Znajomymi, którzy znają mnie już trochę z Katulowiska:)
|